Dorota

mama i żona, aktywna zawodowo,
miłośniczka spacerów
Wiek: 45 lat
Wzrost: 1,64 m
Waga przed operacją: 123 kg
Waga dzisiaj: 89 kg
Po zabiegu bariatrycznym

Z czego według pani wynikała otyłość?
Dorota Zygmunt: Moim zdaniem otyłość mieszka w głowie. U mnie nadmierna masa ciała wynikała z tego, że nie radziłam sobie ze stresem, a tempo życia, natłok obowiązków i łatwość sięgania po gotowe posiłki oraz zajadanie doprowadziło do otyłości. Nagradzanie się jedzeniem w stresujących sytuacjach było czymś normalnym, chociaż, jak każda osoba otyła, zrzucałam to na hormony, grube kości, geny.

Szukałam cały czas wytłumaczenia. Ale to były tylko wytłumaczenia, bo tak naprawdę to nadmierne przyjmowanie pokarmów spowodowało to, że byłam tak otyła.

W jaki sposób wyleczyła pani otyłość?
Dorota Zygmunt: Ja się poddałam zabiegowi bariatrycznemu Cały czas jestem pod kontrolą lekarza i kilka razy w roku jeżdżę do ośrodka w zależności od tego, jakie są potrzeby i jakie wyniki. Przed operacją bardzo dużo czytałam o wszystkich metodach, przygotowywałam się bardzo solidnie do zabiegu. Nie zależało mi na dużym tempie chudnięcia. Nie zależało mi też na osiągnięciu niskiej wagi 50-60 kg. Może byłoby fajnie, ale nie było to moim celem. Chodziło mi o zdrowe chudnięcie w umiarkowanym tempie i to udało mi się osiągnąć.

Każda z operacji bariatrycznych ma też swoje specyficzne wymagania, których pacjent powinien przestrzegać. Krzywdząca jest opinia, że jest to pójście na łatwiznę. Utrzymanie codziennego reżimu jest dużo trudniejsze niż swoboda spożywania pokarmów, jaką się dysponuje przed operacją. A operacja często jest jedyną możliwością powrotu do zdrowia zrujnowanego przez nadmierną masę ciała. Nie odważyłabym się użyć stwierdzenia, że wyleczyłam otyłość, ponieważ uważam, że to proces, który trwa i nigdy się nie skończy.

Dlaczego akurat operacja bariatryczna? Czy próbowała pani jakichś innych sposobów?
Dorota Zygmunt: Tak, ja w życiu dorosłym miałam kłopot z utrzymaniem prawidłowej masy ciała, zawsze było to dla mnie wyzwanie. Wykonywałam badania endokrynologiczne, jednak wszystko było w normie. Byłam na przeróżnych dietach, korzystałam z usług dietetyka, ale nie byłam w stanie utrzymać dyscypliny. Zawsze gdzieś to podjadanie się pojawiało. Próbowałam też tabletek bez recepty do odchudzania w dzień i w nocy, czyli na noc inna i na dzień inna tabletka, później sięgałam po leki na receptę, ale przekonałam się, że nie ma cudownej metody na schudniecie i utrzymanie wagi, kilogramy zawsze wracały. Nie mogłam się z tym sama uporać i doszłam do wniosku, że być może operacja bariatryczna to jest wyjście dla mnie.

Jak wyglądało pani życie przed operacją i w jaki sposób otyłość dawała się we znaki? Czy jakieś inne dolegliwości towarzyszyły otyłości?
Dorota Zygmunt: W moim wypadku było nadciśnienie. Leczę nadciśnienie od wielu lat.
Po operacji bariatrycznej i zmniejszeniu masy ciała dawki leków, które przyjmuję dla utrzymania prawidłowego ciśnienia krwi, są mniejsze. Nie są całkiem wyeliminowane, ale są zmniejszone. Na pewno przed operacją osobie otyłej towarzyszy wstyd i wiele innych negatywnych odczuć, o których szczupły człowiek nawet nie ma pojęcia. Otyłości towarzyszy naprawdę wiele kompleksów, trudnych tematów, wstydliwych, żenujących sytuacji. Te elementy udało mi się z życia wyeliminować. Co jeszcze? Wiązanie sznurówek było męczące. Wrzuć sobie do plecaka 30 kg cukru i spróbuj się schylić i swobodnie zawiązać sznurówki. Bardzo się pociłam – nawet takie kosmetyczne rzeczy, że tak powiem dawały w kość. No i dla kobiety wygląd, czyli widok siebie w lustrze, nie był zachwycający. A wyjście na basen w stroju kąpielowym – nie do przeskoczenia.

Jak wyglądało podjęcie decyzji o leczeniu otyłości?
Dorota Zygmunt: Moment podjęcia decyzji jest moim zdaniem kluczowy. Musi przyjść taki dzień, kiedy sobie uświadamiasz, że już osiągnęłaś taki etap, w którym nie chcesz być. Przyznanie się przed samym sobą, że sobie nie radzisz, że należy coś ze sobą zrobić, jest naprawdę trudne, bo łatwiej jest zmieniać i pokazywać palcem, co inni powinni zmienić wokół siebie, niż to, co człowiek może zmienić w sobie. O operacji bariatrycznej dowiedziałam się w bardzo prozaiczny sposób: od koleżanki, która miesiąc po niej, po prostu wpadła do mnie do biura i powiedziała mi, na czym to polega. Ona wtedy schudła 8 albo 10 kilo, nie pamiętam już, ale dla mnie był to bardzo spektakularny efekt. Opowiedziała mi też o procedurze. Niestety nie dowiedziałam się tego od lekarza. Słyszałam wcześniej o zabiegach, ale zawsze myślałam, że są to drogie operacje, tylko do wykonania prywatnie, w jakichś klinikach chirurgii plastycznej. W ogóle nie sądziłam, że jest to dostępne dla przeciętnego człowieka.

Jaką rolę w procesie leczenia odegrało wsparcie rodziny i bliskich?
Dorota Zygmunt: Bez wsparcia męża, który siedział ze mną i studiował wszystkie metody wtedy dostępne, by się nie udało. Prześledziliśmy wszystkie rodzaje zabiegów, dyskutowaliśmy, bo jednak rodzina, dzieci, odpowiedzialność – nie jest lekko podjąć decyzję. Wiemy, że jest to inwazja w nasz organizm, wiemy, że każda operacja niesie jakieś ryzyko. To są bardzo odpowiedzialne kroki, więc mąż mi w tej ścieżce towarzyszył, wspierał, pomagał, wyrażał opinie, że coś może być bardziej niebezpieczne lub coś jest mniej inwazyjne. Po prostu ważyliśmy mnóstwo argumentów, no a potem konsultacja u lekarza.

Jak wyglądał pobyt w szpitalu, jakie były pani wrażenia po operacji?
Dorota Zygmunt: Szpital to był już finalny etap. Przed operacją było trudno. Zabieg był zaplanowany  na marzec. 17 marca będzie 4. rocznica założenia, jak ja to nazywam, „kagańca”. Przed operacją przez długi czas prześladowało mnie jakieś przeziębienie, zapalenie ucha, antybiotyk za antybiotykiem. To rodziło takie widmo, że operacji nie będzie, ponieważ na 6 tygodni przed nie wolno zażywać antybiotyków, nie jest to wskazane, a za mną się cały czas, jak na złość, ciągnęło jakieś świństwo, ale w końcu się udało. W szpitalu było bardzo rzeczowo i sprawnie. Wiadomo, że przed zabiegiem przechodziłam kwalifikację, czyli endokrynolog, badania psychologiczne, kwalifikacja chirurgiczna, sprawdzanie wskaźnika BMI. Pamiętam, że w środę było przyjęcie na oddział, przygotowanie do zabiegu, gastroskopia, ostatnie badania i w czwartek rano zabieg. W piątek, w godzinach popołudniowych wyszłam już do domu, więc bardzo szybko, czułam się dobrze. Pamiętam, że w niedzielę już wieszałam pranie. Tak, że naprawdę czułam się po operacji dobrze. Nic się nie działo, żadnych komplikacji. Pamiętam taki moment, kiedy przywieziono mnie z sali operacyjnej, jak już leżałam w swoim łóżku, wybudzając się ze snu operacyjnego, popłakałam się ze szczęścia. To był „najgrubszy” moment mojego życia i właśnie się z nim żegnałam. To jest ten moment, do którego już nigdy nie wrócę, teraz jestem po chudszej stronie.

Jak wyglądała pani dieta w tych pierwszych dniach po operacji?
Dorota Zygmunt: W pierwszych dniach po operacji, zresztą przez dłuższy czas po niej, dieta przypominała żywienie dziecka. Czyli wprowadzamy pierwsze pokarmy płynne, delikatne, papki, później kolejne. Wszystkie posiłki ważymy. Dla mnie to było bardzo porównywalne właśnie z wprowadzaniem u moich dzieci pokarmów stałych, analogicznie się to odbywało.

Jak duże porcje może pani obecnie jeść?
Dorota Zygmunt: Jeżeli jem stały pokarm, na przykład jest to kanapka, to nie jestem w stanie zjeść więcej niż 100 g. Jeżeli są to pokarmy półpłynne czy pokarmy płynne, no to wiadomo, że ta swoboda przemieszczania się pokarmu jest większa, więc tu mogę zjeść więcej. Zależy to od konsystencji pokarmu, ale myślę, że generalnie 100-150 g to jest maks.

Czy wszystko może pani jeść?
Dorota Zygmunt: Tak, jem wszystko, ale są rzeczy, które przytykają. Gwarantem tego swobodnego przechodzenia pokarmu jest bardzo dokładne jego przeżuwanie. To była cała nauka jedzenia od początku, bo okazuje się, że człowiek przed operacją jadał dużo, łapczywie i w ogóle się nad tym nie zastanawiał, a teraz takie zjawisko jak łapczywe jedzenie w ogóle nie wchodzi w rachubę. Czasami, gdy jestem bardzo głodna, jak łapczywie coś zjem, to bardzo tego żałuję, bo to jest źle pogryzione, przechodzi ciężko, boli i czuję dyskomfort. Teraz każdy posiłek to celebracja, bo trzeba go bardzo dokładnie pogryźć, przeżuć.

A jak jest z uczuciem głodu? Czy jest pani w stanie nasycić się małą porcją?
Dorota Zygmunt: Pierwszy wniosek po kilku miesiącach od operacji był taki: bardzo żałowałam, że nie mogłam zrozumieć przed operacją, że tak naprawdę kluczem do schudnięcia jest to, by mniej jeść. W momencie, kiedy zaczęłam jeść mniejsze porcje, okazało się, że te porcje, nawet papkowate, wystarczają. Czuję się syta, ale na krótko. Po 3 godzinach głód już jest tak duży, że jem kolejną małą porcję. Naturalnie został wymuszony zwyczaj 5 posiłków. Czasami próbuję się oszukać wodą czy kawą, żeby trochę przetrzymać, ale jednak nie da rady. Co więcej, zmieniłam zupełnie myślenie o jedzeniu w takim sensie, że gdy jem mało, to pozwalam sobie na rzeczy bardziej „luksusowe”. Stało się to dla mnie powodem do celebrowania. Kiedy idę do restauracji, zamawiam sobie coś pysznego (wystarcza mi przystawka lub zupa). Zupełnie zmieniło to moje myślenie o jedzeniu. Lubię jedzenie, lubię jeść i otyłość nadal mieszka w mojej głowie. Potrzeba jedzenia, szczególnie w momentach stresowych, nadal jest. Opaska mnie trochę przed tym chroni, ale wiadomo, że gdybym jadła cały czas czekoladę, to nie osiągnęłabym efektu, który jest. Jakbym piła cały czas coca colę, to też by go nie było, więc sięgam po jedzenie świadomie.

Czy oprócz lekarzy inni specjaliści towarzyszą pani w tej drodze, na przykład psycholog albo dietetyk?
Dorota Zygmunt: Na ten sukces składa się cały sztab ludzi. Przede wszystkim chirurg bariatra, który czasami chce mnie widzieć co miesiąc, rzadko się to zdarza, ale czasami faktycznie tak jest. Czasami chce mnie widzieć co 3 miesiące, ale kiedy pandemia się rozpoczęła, to dość długo nie byłam na kontroli, ponieważ unikałam wizyty w szpitalu. Teraz wróciłam do wizyt regularnych. Co 3-4 miesiące jadę do lekarza. Zawsze przed tą wizytą jestem zmotywowana, bo wiem, że będzie mnie pytał, co jem i jak jem – świadomość takiej kontroli pomaga mi. Bardzo dużą rolę odegrał też w mojej przemianie psychodietetyk. Po operacji z wieloma rzeczami uporałam się właśnie dzięki temu, że byłam w kontakcie z psychodietetykiem. To niezwykle ważne, aby specjalista towarzyszył nam, żeby robić porządki w głowie, ponieważ po prostu wielu rzeczy się nie wie, nie jest się ich świadomym.

Dietetyk też oczywiście. Mam rozpisaną dietę, korzystam z niej, ale w tej chwili to wygląda tak, że wiem, w jakich ramach mogę się poruszać, i staram się w tych ramach trzymać. To nie jest tak, że siedzę z kartką i z tą kartką codziennie gotuję. Najważniejsze jest by mieć w lodówce i w szafce z jedzeniem odpowiednie produkty.

Czy psychodietetyk, dietetyk to były osoby, które musiała pani znaleźć sama, czy zostały one wskazane w ośrodku?
Dorota Zygmunt: Po operacji mój chirurg zalecił mi kontakt z dietetykiem, żeby ustalić dietę dla pacjenta bariatrycznego, a na psychodietetyka trafiłam na któreś z grup dotyczących otyłości na Facebooku. Już 4 lata się znamy i działamy.

Co było najważniejsze w całej zmianie?
Dorota Zygmunt: Najważniejsza jest zmiana, która wytworzyła się w moim wnętrzu, czyli zmiana myślenia. Zmiana myślenia o jedzeniu i o sobie. To jest największa rewolucja, jaką przeżyłam, bo to, że zmieniło się ciało jest świetne, to jest efekt wizualny i ludzie, którzy teraz mnie spotykają, nie potrafią sobie wyobrazić, że ja kiedyś ważyłam ponad 30 kg więcej. Największą przemianę przeszłam właśnie wewnętrzną i bardzo się z niej cieszę, mnóstwo rzeczy zweryfikowałam. Osoby otyłe zazwyczaj są rubaszne i próbują swoim zachowaniem, byciem sympatycznym nadrobić pewne braki, które w sobie widzą. Chcą być lubiani i szukają w ten sposób akceptacji. W momencie, kiedy zaczęłam tracić kilogramy, potrzeba generowania tej rubaszności i nadrabiania, zniknęła.

Jak wygląda teraz pani codzienność?
Dorota Zygmunt: Codzienność jest taka, że wymaga ode mnie zaangażowania i to jest ciężka praca. Dobór odpowiedniego jedzenia, czyli żadne gotowe, śmieciowe szybkie przekąski. To jest codzienne analizowanie, czy to, na co mam zachciankę, jest na pewno dla mnie dobre. To jest rozważanie czy powinnam sięgnąć po coś, co jest niezdrowe, sztuczne, tuczące i tak dalej. To jest żmudna praca z jedzeniem, a tak naprawdę z głową i z jedzeniem.

Czy warto przez to wszystko przechodzić?
Dorota Zygmunt: No pewnie, że warto. Życie jest lżejsze, życie jest zdrowsze. Myśl, że jem świadomie, jest bardzo fajna. Jeżdżę z mężem na motorze, a to było nie do pomyślenia kilka lat temu. Teraz więcej rzeczy jest dla mnie dostępnych. Pójście do sklepu i kupienie ciucha to jest przyjemność, a kiedyś to był koszmar. Wchodziło się do sklepu po ubrania w rozmiarze XXL, które są szersze niż dłuższe, i człowiek czuł się zawsze jak w jakimś worku. A teraz idę, wybieram marynarkę, mierzę, pasuje, wygląda dobrze, świetnie się czuję i to jest cudowne, naprawdę. Czasami, jak się ubiorę, to patrzę w lustro i nie mogę uwierzyć w to, że to ja i że tak wyglądam. Tak, warto, potwierdzam.

Co chciałaby pani przekazać osobom, które obecnie borykają się z otyłością?
Dorota Zygmunt: Chciałabym im powiedzieć przede wszystkim, że nie są same. Cały czas miałam wrażenie, że jestem sama ze swoją otyłością i że sama sobie z nią nie radzę, że nikt mi nie pomoże, że to ja muszę sobie sama pomóc. Czułam ogromną samotność pomimo tego, że miałam przyjaciół, rodzinę. Miałam wrażenie, ze nikt nie jest w stanie zrozumieć osoby otyłej. W momencie, gdy uświadomiłam sobie, że są specjaliści w tej materii, że można się leczyć i to na NFZ, że są etapy kwalifikacji, a jeżeli się je przejdzie, to rzeczywiście operację bariatryczną można wykonać – wszystko się zmieniło.

Chciałabym wszystkim osobom, które potrzebują pomocy, powiedzieć: naprawdę nie jesteście sami. Warto skorzystać z porady psychologa, psychodietetyka. Jeżeli zrozumiesz mechanizmy, być może operacja nie będzie Ci potrzebna. Ja dopiero po operacji zrozumiałam, co było moim problemem. Dopiero, gdy zaczęłam mniej jeść. Otaczający nas świat jest przepełniony jedzeniem. Na każdym kroku można coś kupić, nawet w zwykłym kiosku, ale nie jest to zdrowe jedzenie. Jak człowiek był głodny, to sięgał odruchowo po coś, co było dostępne na półce, na stacji benzynowej i tak dalej. Teraz z roku na rok obserwuję jak się zmienia nasza świadomość. Jednak mnóstwo śmieciowego jedzenia, które nas wszędzie otacza, powoduje, że łatwość sięgania po nie jest ogromna. Nie, nie jesteście sami.  Są ludzie, którzy byli w tym samym miejscu i doskonale rozumieją z czym się borykasz. Są specjaliści, którzy znają problem: psychodietetycy, dietetycy. Korzystajcie z ich doświadczenia, konsultujcie, próbujcie z tym coś zrobić, a jeżeli uznacie, że nie dajecie rady, to polecam poradę u specjalisty bariatry. Konsultację, analizę i decyzję.